Obrzydliwy -

Próbowałem uciec, ale drzwi się nie otwierały. Klamka była zimna i śliska. Kiedy spojrzałem w lustro w przedpokoju, nie zobaczyłem swojej twarzy. Zobaczyłem istotę z czarnymi oczami, z których wypływała ta sama gęsta ciecz, co z sufitu.

(więcej o szaleństwie i braku kontroli) OBRZYDLIWY

Kiedy zbliżyłem światło latarki, zrozumiałem, że to nie welur. To były tysiące, miliony małych, splecionych ze sobą stworzeń. Wyglądały jak żywa, pulsująca tkanka, konglomerat nóżek, czułków i czegoś, co przypominało usta. Próbowałem uciec, ale drzwi się nie otwierały

To nie był smród, który czuje się nosem. To był smród, który wchodził do płuc, osiadał na języku i smakował jak stare monety pomieszane z zgnilizną. ale zza moich pleców.— Wreszcie jesteś

(zgnilizna jako metafora ludzkich czynów) Daj znać, który kierunek najbardziej Cię interesuje!

Wtedy usłyszałem szept. Nie z wnętrza podłogi, ale zza moich pleców.— Wreszcie jesteś, domowniku.